Norweska przygoda czy rozczarowanie ? Jak to z piżmowołami arktycznymi było i nie tylko..

Powrót z wycieczki, mniej czy bardziej egzotycznej zawsze skłania do refleksji, czy wycieczka była udana, czy może jednak pozostaje jakieś rozczarowanie? Nie inaczej było w tym przypadku. I uwierzcie nie zamierzam uskarżać się na krajobrazy, które dopisały i trzeba przyznać, że zwłaszcza w intensywnym świetle słonecznym są imponujące.

Barwy jesienne lasotundry, żółcie, brązy, czerwienie to wspaniałe widowisko. Gdy słońce zachodzi za chmury juz nie jest tak wspaniale, ale na grę światła narzekać nie można. Pogoda o dziwo dopisała, więc kompensowało to trochę ,,ciszę faunistyczną”. Za wiele pisać tutaj nie będę, bo głownie chciałem się skupić na zdjęciach, niemniej swoje rozczarowania i uwagi wyjawię- na końcu.

Na zdjęciach – dominuje kolorowa lasotundra, co prawda nie taka jaką firma organizująca ( której nazwy tutaj nie zdradzę) pokazywała na serwisie zdjęciowym norweskiego organizatora, no ale…. Może tydzień-dwa później byłaby bardziej ,,soczysta”, nie tak brązowo – bura zwłaszcza gdy słońce zaszło. No ale krajobrazy mają to do siebie, że rozjaśniają się w pełnym słońcu. Bardzo kolorowe zdjęcia w folderach reklamowych wszystkich biur turystycznych te z są mocno ,,podciągnięte” by zachęcić do wykupienia wycieczki. Ja tez operowałem suwakami w LightRoomie by bardziej wysycić te czasami przygasłe kolory.

Widzicie? Bajkowo, na zdjęciach widać kolory i zapierające dech krajobrazy. To oferowała firma i słowa dotrzymała. Co prawda tylko własna modyfikacja programu wyprawy pozwoliła mi na większe nasycenie krajobrazami, bo z obiecanych zwierząt 3/4 nie wypaliło, wiec w ciągu dwóch dni odłączyłem sie od grupy z uporem maniaka fotografującej woły piżmowe w różnych konfiguracjach, a własny program wycieczki to był moim zdaniem dobry pomysł, pozwolił na zapoznanie się z pięknymi okolicami i umożliwił trochę szersze spojrzenie w plener nie tylko pod woli ogon 😉

O krajobrazach napisałem, ale trzeba jeszcze dodać ze bardzo urokliwe są przeróżne potoczki, wodospadziki, z malowniczymi kaskadami.

No i prócz malowniczości, woda w nich niesamowicie czysta i oczywiście otoczenie również bardzo czyste, brak śmieci, tak często widywanych w naszym kraju. To oczywiście wielki plus dla Norwegów. Mnie prócz widoków zachwyciły łany chrobotka alpejskiego – poniżej.

No a teraz po tych widoczkach rzecz o zwierzętach….

Tutaj pierwsza łyżka dziegciu. Zachęcające do wzięcia udziału w wyprawie zdjęcia, nie tyczyły sie jedynie piżmowołów arktycznych (zwanych inaczej wołami piżmowymi), na zdjęciach poprzedniego serwisu ( w ciągu ostatnich dni serwis zdjęciowy z ofertą na przyszły rok został zmodyfikowany i zdjęcia kontrowersyjnych ,,nieobecnych” zwierząt zostały usunięte), prócz wołów piżmowych na zdjęciach były lisy arktyczne, no i oczywiście jarząbek, na którego fotografowanie mieli ochotę wszyscy uczestnicy wyjazdu. Były i zdjęcia łosi. Nie było na zdjęciach co prawda sóweczki, ale niejako była ona ,,prawdopodobna” podobnie jak sowa jarzębata, co było tylko chwytem reklamowym, nadużywanym przez niektórych w postaci enigmatycznego i zachęcającego zwrotu ,,jest szansa na spotkanie..” Łosie oczywiście nie dopisały, bo prócz jednego przebiegającego przez drogę i drugiego obserwowanego z wieży w postaci malutkiej ,,kulki” łosi nie było. A powinny być, spore rozczarowanie, które mimo wszystko było widoczne na twarzach uczestników. O sóweczce polski przewodnik już nie wspominał. Jarząbek, czyli kluczowy prócz wołów cel, oczywiście nie dopisał i juz nie dopisze, podobno już nie żyje, jakieś tam tłumaczenia o myśliwych ( którzy mają niesamowicie szerokie uprawnienia do zabijania wszystkiego w Norwegii), zostały przyjęte milczeniem. Aczkolwiek bardzo skutecznie popsuło to humor, chyba nie tylko mi. Obserwacje przydrożnego głuszca nie poprawiły tegoż humoru, bo to wycieczka fotograficzna mająca na celu fotografowanie zwierząt. Sprawę trochę poprawiły na wpół oswojone sójki syberyjskie fotografowane w lesie. Na deser ładny kowalik w trochę innym – jaśniejszym ubarwieniu niż nasze krajowe kowaliki.

Wspomniane sójki, bardzo sympatyczne ptaszki (poniżej) żwawo sie uwijały i dały fotografować. Oczywiście zdjęć jest bardzo dużo, ale wszystkich nie ma sensu zamieszczać na blogu, więc pewnie stopniowo będę je ,,uwalniał” na Flickr – dla chętnych link pod którym można sobie pooglądać różne moje fotki 🙂 https://www.flickr.com/photos/144814095@N03/

Piękne ptaszki, chociaż przyzwyczajone do ludzi, a raczej do dokarmiania przez ludzi, stąd ufne.

Oczywiście były i inne gatunki ptaków, ale gatunki które (poza droździkiem) można spotkać na każdym osiedlu w każdym miejskim parku. Podejrzewam, że na moim osiedlu jest więcej gatunków niż widziałem w Norwegii. Droździk bardzo płochliwy nie dał sie fotografować na tyle by jego zdjęcia zamieszczać na blogu. I to wszystko jeśli chodzi o, ptaki? No nie był jeszcze ,,złapany” w świetlnej kontrze łabędź krzykliwy – młody osobnik, zdjęcie wrzucam, bo niektórzy lubią przepalone kadry, to może im sie spodoba ;-), bo na pewno wielu nie spodoba się mój wpis.

Dochodzimy do piżmowołów arktycznych. Woły bytują w Parku Narodowym Dovrefjell-Sunndalsfjella. Dopisały, ale w zasadzie jeśli chodzi o mnie to fotografowałem je tylko jednego dnia, bo to samo stado fotografowane w każdej konfiguracji wydawało mi sie na tyle nudne, że odpuściłem na rzecz krajobrazów. No ale .. Program wyprawy mówił jedynie o dwóch dniach fotografowania wołów, nie trzech, a wypełniacz w postaci wołów był spowodowany brakiem innych przedstawicieli fauny. To właśnie podejście sprawiło, że odbieram wyjazd jako nieudany, bo nie podaje sie w ofercie gatunków, o których wiemy że ich nie będzie. Jest to w niektórych firmach organizujących wycieczki chyba standard, czego już doświadczyłem. Oczywiście zawsze jest szansa, że czegoś tam nie będzie, ale zatajana wiedza o gatunkach których na pewno nie zobaczymy a organizator miał taką wiedzę nie jest w porządku. Trzeba pamiętać, że takie informacje bez względu czy jest to wzmianka o ,,możliwości napotkania”, bądź zdjęcia przesłane są przez zagranicznego organizatora nie są żadnym usprawiedliwieniem a wielu skłoniły do wzięcia udziału w dosyć kosztownym wyjeździe. Z wyjazdu przyrodniczego w kategorii fotografowania zwierząt, zrobił sie wyjazd przyrodniczo-krajoznawczy z fotografowaniem krajobrazów i wołów, bo innych zwierząt nie było. Można było to zorganizować w postaci dwudniowej wycieczki, bo woły są cały czas i nietrudno je napotkać. W ciągu tych dwóch dni można było sfotografować wszystko z krajobrazami, sójkami, wołami i zapewne byłoby to znacznie tańszy wyjazd. Niestety skłoniło mnie to do nieodwołalnej decyzji o odpuszczeniu takich imprez raz na zawsze i organizowania ich na własną rękę. Jest to znacznie mniej kosztowne. Po wyliczeniu dosyć szczegółowym, wyprawa na 3 dni orgaznizowana na własną rękę w tym samym standardzie, albo i wyższym, kosztowałaby jedną osobę maksymalnie 35- 40% ceny tej wyprawy. Rachunek ekonomiczny jest prosty do wyliczenia.

Piżmowoły dopisały, poniżej seria zdjęć tych w sumie tez niezbyt płochliwych zwierząt. Chętnym do samodzielnej wyprawy chętnie podpowiem co i jak 🙂 Bo przepłacać nie ma sensu.

Do usłyszenia 🙂

Please follow and like us:
Pin Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

RSS
Follow by Email