Jeszcze nie wyginęła, dając szansę fotografom na jej uwiecznienie. Chociaż jest to z roku na rok coraz bardziej trudnym wyzwaniem, zwłaszcza w ukochanych przez wielu Bieszczadach.
Oczywiście zdjęcie zdradza gatunek, przynajmniej miłośnicy fotografii owadów doskonale wiedzą o jakim gatunku piszemy. To nadobnica alpejska – Rosalia alpina. Swego czasu ikona fauny naszych Bieszczadów, kojarzących się często z ikonami jako symbolami religijnymi. My mówimy o symbolu jakim są rzadkie gatunki. Bieszczady kojarzyły sie od dawna z niedźwiedziami, rysiami, wilkami i… nadobnica alpejską.

W tytule zawarłem partykułę ,,jeszcze”, jako że niewiele potrzeba złych ludzkich działań by rzeczywiście wyginęła. Robiąc zdjęcia, które zamieściłem w tym wpisie, spodziewałem się, że co roku w ramach specyficznej ,,entomologicznej pielgrzymki” w Bieszczady będę mógł dorobić nowe. Tak sie nie stało, niestety. Kiedyś wszechobecna na składowiskach karpackiej buczyny, zwłaszcza takiej ,,zleżałej” ale i świeżej, niemalże zniknęła..

Oczywiście wiem, że są miejsca poza Bieszczadami, takie jak Magurski Park Narodowy w sercu Beskidu Niskiego, gdzie ochrona tego chrząszcza to priorytet. Ale mnie zawsze kojarzyła się z Bieszczadami i znaczkiem pocztowym, który kiedyś dostałem w ramach dziecięcych wymian znaczków w deszczowy wakacyjny dzień.

Znaczka od dawna już nie mam, ale to od tego znaczka zaczęła sie moja fascynacja owadami. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem żywa nadobnicę, oczywiście w Bieszczadach, byłem naprawdę szczęśliwy, jak dziecko, chociaz dzieckiem juz nie byłem.. W ramach przekazywania pasji razem w czasie rodzinnej wycieczki z synem, odkrywałem jego radość z pierwszej napotkanej nadobnicy i próby jej fotografowania. I tak miało być co roku. Lipcowo-sierpniowe wycieczki w Bieszczady, fascynujące obserwacje tego owada.
Tak sie jednak nie stało. drewno zaczęło być cennym surowcem. Nikt go nie przetrzymywał już w składnicach przez lata, tylko wywoził natychmiast i sprzedawał. Zniknęły zapomniane sterty drewna, którego nikt nie wywiózł, a najgorsze, że zaczęły znikać stare drzewa w naturalnym środowisku, Na swój szybka wywózka drewna ze składnic była było to działaniem prócz korzyści materialnych ochronnym, jako, że nadobnica w założeniach nie powinna zdążyć z rójką i składaniem jaj w tak szybko dystrybuowanym surowcu leśnym. Ale tak też nie było, bo do bieszczadzkiej mini ,,katastrofy” przyczyniło sie wywożenie wszelkiego surowca z lasu, nie tylko tego ze składnic przydrożnych. Tutaj kilka słów przybliżenia cyklu rozwojowego nadobnicy. Otóż owad ten składa po rójce jaja w szczeliny kory umierających bądź martwych buków i w mniejszym stopniu innych drzew liściastych. dokładnie takich drzew jakie są przeznaczone do wycinki.

Cały cykl rozwojowy trwa do trzech lat. Oczywiście te trzy lata to długość życia larwy. Jak widzimy potrzebuje trzech lat by rozwinąć sie do dorosłego owada, który żyje raptem parę dni, wypełniając swoje rozrodcze powinności. Trzy lata to czas w którym nie niepokojona larwa jest w stanie żerować. I najmniej tyle martwe drzewa powinny leżeć by zapewnić bazę pokarmową dla rozwoju nadobnicy jednego pokolenia. Oczywiście nie leżą, bo koniunktura nie pozwala na składowanie drewna powyżej kilku dni. A tyle wystarczy by owad złożył jaja, z których nigdy nie rozwinie sie nawet larwa, a jeśli już to w tartaku na drugim końcu Polski, co czasami jest opisywane w literaturze naukowej. Jak widzimy, to głównie działania pozyskiwania, w tym składowania niezabezpieczonego drewna czyli brak zabezpieczania drewna specjalistycznymi siatkami uniemożliwiającymi nalatywanie owadów w dużej mierze przyczyniło sie do dramatycznego spadku liczebności jej populacji w Bieszczadach. Składowiska działają na zasadzie pułapek ekologicznych, owady nalatują, po kopulacji składają jaja, a te są niszczone razem z drewnem w procesach technologicznych.

Symbol Bieszczadów znika powoli w otchłani pazerności i koniunktury, pazerności by wywieźć wszystko co sie da z lasu, nawet martwe drewno, wywieźć i koniunktury by go sprzedać. Bez oglądania sie na jakieś ,,ekologiczne dyrdymały” i ,,prawa robaków” jak kiedyś usłyszałem. Ale dlaczego eksperyment mający na celu odbudowę populacji udaje sie w sąsiadującym Beskidzie Niskim i Magurskim Parku Narodowym? Właśnie ten ,,park narodowy” jest kluczem do zagadki. Jedynie taka forma ochrony jest w stanie zahamować zupełną anihilację gatunku. W Beskidzie Niskim postanowiono by pozostawiać ścięte martwe drewno w stosach i oraz pozostawiać obumierające martwe drzewa by zapewnić bazę dla rozwoju larw tego chrząszcza, a przy okazji innych saproksylicznych gatunków. A że powierzchnia parku to głównie lasy, sprawa była mniej skomplikowana, chociażby i przez fakt prawnej ochrony terenów parkowych . A dlaczego nie spróbować tego w Bieszczadach, porzucając kilkanaście albo i ,,dziesiąt” stert drewna w nasłonecznionych miejscach jej najliczebniejszego występowania, czyli pasmie Wysokiego Działu? Może nie usuwać za wszelka cenę ze środowiska każdego obumierającego drzewa, tylko dlatego, że i takie da sie sprzedać? Albo kierując sie źle pojmowanymi zabiegami sanitarnymi w drzewostanie? A może po prostu powstrzymać wycinkę drzew w okresie jej rozrodu? To tylko dwa miesiące…. Lasy Państwowe nie zbiednieją specjalnie podejmując taka decyzję. Bieszczadzki Park Narodowy nie obejmuje terenów zachodniej części Bieszczadów, czyli miejsc gdzie przede wszystkim występuje, więc prawna forma ochrony jest poza rezerwatami niemożliwa, a rezerwaty… No cóż to maleńkie wycinki ekosystemu, zbyt małe powiedzmy sobie od razu. Możliwe, że zahamowanie, bądź ograniczenia wycinki, o co wszyscy którym przyroda jest bliska walczą, oraz zabiegi mające na celu pozostawianie w środowisku naturalnym umierających drzew i zasilanie drewnem celowo ściętym i pozostawianym dla jej rozwoju doprowadziły by do pewnej stabilizacji populacji, może nie od razu wzrostu liczebności, ale sytuacji, w której wielu z nas miałoby szansę zobaczyć ją w Bieszczadach i nie byłby to wyczyn, tylko codzienność…


